fb Rozdział XIV: W drodze do wolności część 2 - SegeWorld | Kamil "Sege" Sobik

Strona wykorzystuje ciasteczka by świadczyć usługi na najwyższym poziomie Polityka prywatności

Rozumiem
image

Rozdział XIV: W drodze do wolności część 2

4 listopada 2019
Pobierz w formacie PDF

Koszary, Gniezno – 29 grudnia 1918 roku

 

Świt jeszcze nie wstał, a mimo to Wartecki już stał i był gotowy do działania. Nie obudził się naturalnie, a ilekroć próbował zasnąć, tylekroć koszmarne sny odbierały mu tę możliwość. Miał sporo powodów do obaw o swoich najbliższych. Nie miał możliwości skontaktowania się z Wiktorią, więc pozostało mu mieć nadzieję, że u niej wszystko w porządku.

Wyszedł przed główny plac w koszarach. Spodziewał się zobaczyć kogokolwiek, lecz plac cały opustoszał. Pewnie wielu z nich bawiło się do późnej nocy i tuż nad ranem udało im się usnąć. Wielokrotnie się przeciągnął oraz wykonał kilka ćwiczeń, by całkowicie się obudzić.

Świt już powoli wstawał, a wraz z nim pojawiały się pierwsze poranne ptaszki. Chwilę później zawyła w koszarach syrena i żołnierze zaczęli nieśmiało wychodzić na plac ćwiczebny. Dostrzegł swój oddział, który nie spełnił jego rozkazu. Zwołał ich wszystkich. Wzorcowo ustawili się w dwuszeregu, lecz byli obecni tylko ciałem, duchem chcieli spać dalej. Krzysiek rozważał sens przywołania ich do porządku. Pokazałby im, że jego rozkazy są tak samo istotne, jak rozkazy majora. Aczkolwiek sam nie wiedział, co nastanie, więc nie musieli być w pełnej gotowości.

– Kolejno odlicz.

Nikogo nie zostawił wewnątrz koszar. Wydał komendę, a oni ją wykonali, ale co dalej? Oczekiwali na jakikolwiek rozkaz od niego, lecz Wartecki zastanawiał się, co ma im przekazać. Całe szczęście uratował go jeden z przybyłych żołnierzy.

– Kapralu Wartecki, komendant miasta chce cię widzieć w siedzibie Polskiej Organizacji Wojskowej.

– Czy powiedział, jakie obowiązki mają żołnierze?

Pytanie mocno zdziwiło chłopaka. Patrzył na Krzyśka, jakby ten spadł z księżyca i nie wiedział, co się dzieje w mieście.

– Trzeba pomóc przygotować armaty, karabiny, konie i cały sprzęt do obrony miasta. Szkierby niedługo tu będą.

Brak doświadczenia wojskowego mocno dawał się Krzyśkowi we znaki. Dał swoim żołnierzom dodatkowe powody do dywagacji, czy przydzielono im odpowiednią osobę. Podziękował żołnierzowi, po czym zwrócił się do swojego oddziału.

– Słyszeliście, co powiedział. Idźcie i pomóżcie w przygotowaniu sprzętu do wymarszu. Natomiast ty i ty pójdziecie ze mną do siedziby Polskiej Organizacji Wojskowej.

Wybrał dwóch najstarszych żołnierzy. Mieli blizny na twarzy, co pozwalało sądzić, że mają doświadczenie wojskowe. Potrzebował takich ludzi u swojego boku, nie mógł dopuścić do konfliktu kompetencji w swojej małej armii, a poważanie weteranów wojennych jest najważniejsze.

Zmierzali do siedziby Polskiej Organizacji Wojskowej, od której dzieliło ich pół godziny marszu. Idąc, dezerterzy z armii niemieckiej rozmawiali o bitwach, jakie stoczyli w armiach i ilu wrogów pogrzebali. Krzysiek nie udzielał się w dyskusji, lecz uważnie słuchał, o czym mówili.

Na miejscu oprócz komendanta miasta znajdował się Jedlin Jacobson. Siedziba była opustoszała w porównaniu z dniem wczorajszym. Nieliczne osoby obsługiwały radiostację, a potem kreśliły coś w swoich zeszytach. Wartecki oczekiwał kogoś jeszcze.

– A czemu nas tak mało?

– Posiłki z Wrześni jeszcze nie dotarły, przybędą do nas dopiero dzisiejszej nocy – oznajmił Zygmunt.

– Dlaczego tak późno? – zastanawiał się Krzysiek, dla którego brak oddziałów z Wrześni był niezrozumiały. Z miasta do Gniezna nie jest tak daleko, żeby podróż trwała cały dzień.

– Mam nadzieję, że to w związku z przygotowaniami oddziałów do szturmu, bo odbieramy ze Zdziechowej nieprzyjemne wieści.

– Szkierby już tam są?

– Za chwilę będą – poinformował doktor. – Musimy jak najszybciej zabezpieczyć tę wieś, a potem ruszyć na Bydgoszcz.

– Też jestem za tym – poparł go Wartecki. – Najlepszą obroną jest atak. Pokażmy im, że muszą się z nami liczyć, inaczej nikt się do nas nie dołączy, jeśli będziemy czekać w mieście.

– Panie kapralu, może mi pan powiedzieć, kim my mamy ich zaatakować? – Kittel zachowywał defensywną postawę w stosunku do Warteckiego i Jacobsona. Nawet dwaj weterani pod komendą Krzyśka byli gotowi do ataku i nie przejmowali się, w jaki sposób to zrobią.

– Kapral ma rację. Jeśli nadal będziemy tutaj siedzieć, wtedy i ludzie się przestraszą. – Jeden z Weteranów stanął po stronie Krzyśka. – Mamy siłę, by walczyć z nimi z zaskoczenia. Każda wojna polega na elemencie zaskoczenia. Tak szkierby przegrały Wielką Wojnę, bo myślały, że przewagą liczebną wszystko nadrobią.

– Nie pójdziemy prosto na rzeź.

– Panie Zygmuncie, nie rozumiem pana – odrzekł zmieszany Jacobson. – Mleko już się rozlało, więc nie sprzątajmy go teraz, tylko rozlejmy bardziej. Niemcy zdobędą Zdziechową i potem nie mamy ich gdzie zaskoczyć. Pozostaje nam obrona Gniezna. Nawet jeśli wygramy, to nic na tym nie zyskamy. Musimy już teraz zaatakować Niemców i nie dać im chwili wytchnienia.

– Nie zgadzam się z wami, panowie. Żadnego ataku! – oznajmił stanowczo Kittel. – Tylko w Pyszczynku niech pozostanie oddział Antoniego Skwerensa. Natomiast ja pojadę do Bydgoszczy, żeby pertraktować z Niemcami.

Wartecki, Jacobson i jeden z dwóch weteranów pod dowództwem Krzyśka chcieli kontrargumentować, lecz do siedziby Polskiej Organizacji Wojskowej wparował jeden z powstańców. Był cały zdyszany, jakby kazano mu biec na pełnej szybkości cały maraton.

– Przynoszę złe wieści ze Zdziechowej. – Ciężko dyszał i nie mógł wypowiedzieć nawet najprostszych słów. Gdy uregulował swój oddech, zaczął mówić. – Musieliśmy się wycofać ze Zdziechowej. Niemcy przybyli z rana pociągiem z silnymi oddziałami. Zawiesilibyśmy sami sobie pętlę na szyję, jeśli rozpoczęlibyśmy z nimi walkę.

Informacja o podbiciu przez Niemców wsi zwaliła z nóg wszystkich uczestników obrad. Wczoraj późnym wieczorem otrzymali informację o koncentracji wojsk niemieckich w Bydgoszczy, a już dzisiaj zdecydowali się przybyć pociągiem do Zdziechowej, zatem są na prostej drodze, żeby ruszyć na Gniezno.

– Nie ma chwili do stracenia. Czas ruszyć do ataku! – oznajmił Krzysiek i zaczął zmierzać do wyjścia razem z doświadczonymi żołnierzami. Jacobson dołączył do nich.

– Powiedziałem żadnej walki! – Jacobson spojrzał zszokowany na reakcję komendanta. Zapewne na co dzień nieczęsto się wściekał, skoro tak bardzo złość wytrąciła go z równowagi. Najwidoczniej również i dla niego ta reakcja nie była czymś naturalnym, toteż dodał spokojnym tonem. – Nie podejmiemy walki, ale pójdę na rozmowy z Niemcami. Musimy opóźnić ich marsz na Gniezno.

Rozkaz komendanta nie przypadł do gustu Krzyśkowi i pozostałym uczestnikom zebrania. Według nich najlepszą odpowiedzią na poczynania Niemców był atak. Rozmowy z nimi do niczego nie prowadzą, bo oni nie są ugodowi, jeśli mają przewagę militarną. Postawią wygórowane oczekiwania, których nawet Amerykanie nie daliby radę spełnić.

Gdy Kittel opuścił pomieszczenie, pozostali spojrzeli po sobie i choć słowa nie powiedzieli, to wymienili spojrzenia i na ich podstawie doszli do takich samych wniosków. Rozmowy nic nie przyniosą.

 

Komendant miasta zabrał konia z koszar miejskich i wyruszył do wsi. Spodziewał się, że Niemcy długo nie będę czekać i ruszą na Gniezno, lecz nie spodziewał się, że zrobią to tak szybko. Niemiecka armia była jedną z najlepiej przygotowanych do Wielkiej Wojny i choć każdy życzył porażki państwom centralnym, to doceniano, że Niemcy poddały się dopiero po czterech latach walki na dwóch frontach.

Teraz ta silna armia stoi u wrót Gniezna. Mimo że została osłabiona, wciąż stanowi silne wyzwanie dla powstańców. Nie mógł pozwolić, żeby powstańcy ruszyli na wieś, bo będzie to dla nich równoznaczne z wystawieniem się na rzeź.

– Przy okazji sprawdzę, jakimi dysponują oddziałami – głośno pomyślał Kittel. – Dostarczę im informacji na dowód, że walka nie ma najmniejszego sensu. W ogóle, kto przysłał tego Warteckiego? Dzieciak bardziej wygląda na studenta niż na żołnierza, a na pewno nie na kaprala. Coś w nim widział, majorze Taczak?

Nie miał odpowiedzi na to pytanie, ale zakładał, że wojskowy wie, kogo mianował do tej rangi. Jednakże Kittel nie dostrzegał w nim nic, oprócz ambicji i chęci pokazania wszystkim, jaki to on jest odważny. Zdawał sobie sprawę, że chłopak nie będzie miał poważania wśród żołnierzy. Jest za młody i za mało wie o wojsku.

– Przyganiał kocioł garnkowi. – Przypomniał sobie, jak przed wojną był cukrownikiem. Najpierw pracował w firmie Röhrig und König, a potem w cukrowni Rybnica na Podolu. Pięć lat przed wojną został zatrudniony w cukrowni Kruszwica i Gniezno. W trakcie pracy w drugiej z nich został mianowany na dyrektora technicznego.

Sam się zastanawiał, czemu ludność akurat jego wybrała na komendanta Gniezna, tuż po odbiciu miasta z rąk niemieckich. W tych ciężkich czasach potrzebna była twarda, żołnierska ręka, a nie delikatne dłonie cukrownika. Jednak skoro to jego wybrano na komendanta miasta, postanowił odpłacić się za obdarzenie go zaufaniem.

Widział, że na początku sprawowania funkcji często podejmował decyzje, za którymi niewielu chciało pójść. W jego głowie zrodziły się obawy, czy ludzie wciąż będą szli za nim, jeśli nadal będzie podejmował takie decyzje.

Do wsi miał kilometr drogi, ale już czuł na sobie krzywe spojrzenia niemieckie. Próbował się zachowywać normalnie i udawać, że ich nie widzi, lecz im bliżej był wsi, tym więcej oczu wychodziło z ukrycia i patrzyło na niego jak na wroga. Zastanawiał się, czy któryś z tych żołnierzy pociągnie za spust i zastrzeli go na miejscu. Niektórzy mieli mausery przygotowane do strzału, lecz trzymali je tylko w gotowości. Nikt nie zamierzał strzelać, przynajmniej na razie.

Wjechał do wsi, gdzie natychmiast pojawiło się przy nim kilku przeciwników. Każdy z nich wystawił mausera, na co komendant Gniezna wyciągnął ręce do góry.

0 0 votes
Article Rating

Strony: 1 2

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x