fb Rozdział XIV: W drodze do wolności – część 3 - SegeWorld | Kamil "Sege" Sobik

Strona wykorzystuje ciasteczka by świadczyć usługi na najwyższym poziomie Polityka prywatności

Rozumiem
image

Rozdział XIV: W drodze do wolności – część 3

13 listopada 2019
Pobierz w formacie PDF

Zapadał zmrok, gdy Wartecki i jego oddział pomagali pozostałym powstańcom w przygotowaniach do obrony miasta. Rozdzielano pociski artyleryjskie, ustawiano karabiny maszynowe na ważniejszych ulicach miasta. Od strony ulic, przez które mogą przechodzić Niemcy, ustawiano patrole po kilku żołnierzy. Część z nich uzbrojono w lekkie maximy i udostępniono im kilka taśm z nabojami. Pouczono ich, że mają z nich korzystać tylko wtedy, gdy są pewni, że wiele z nich trafi w cel. Zapasy arsenału gnieźnieńskiego nie były wielkie, toteż należało się liczyć z każdym nabojem.

W trakcie prac Wartecki złapał wspólny kontakt z Wojciechem Jedlinem Jacobsonem. Już wcześniej dostrzegł jego szczerość, a teraz dołożył do niej konkretność w działaniu. Od kiedy komendant miasta ruszył na negocjacje z Niemcami, doktor był niespokojny, gdy musiał czekać, aż coś się wydarzy. Chciał działać dla dobra innych i to natychmiast, podobnie jak Krzysiek.

– Dobrze, że widzimy to tak samo – powiedział, gdy spoglądali na żołnierzy pracujących przy ustawianiu armat przed poligonem wojskowym. – Nie możemy tak tutaj siedzieć. Szkierby to wykorzystają.

– Wielokrotnie o tym mówiliśmy – odrzekł Krzysiek, który wyciągnął papierosa i poczęstował Jacobsona. – Też uważam, że nic nie zyskamy, zostając tutaj. Tylko atak może nam pomóc i to teraz, póki są nieuzbrojeni w Zdziechowej. Nie znam wsi, ale wątpię, by mieli się gdzie tam pochować, będą na widoku, wystrzelamy ich jak myśliwi w trakcie sezonu. Nie rozumiem, czemu Kittel nie chce atakować.

– A żebym to ja znał odpowiedź na to pytanie.

Wielokrotnie rozmawiali o rozkazie Kittla w trakcie dzisiejszej pracy. Żołnierze też się pchali do walki i jedynym, który nie miał bojowego nastawienia, był zarządca tego miasta. Wartecki mocno zaciągnął się papierosem.

– Czy ci z Wrześni w końcu zamierzają przyjść? – Wypuścił dym z ust.

– Długo się zbierają. Wcale się nie zdziwię, jeśli zmieniliby zdanie.

Wartecki dostrzegł, jak do koszar wchodził oddział liczący na oko pięćdziesięciu ludzi. Już na pierwszy rzut oka nie wyglądali, jakby pochodzili z Gniezna. Szwendali się tam i z powrotem, rozglądając się za dowódcą garnizonu. Wchodzili innym żołnierzom w paradę i przeszkadzali w trakcie przygotowań. Gdy komendanta nie było, to doktor sprawował władzę nad oddziałami w mieście, toteż razem z Krzyśkiem podeszli do nich.

– Który z was dowodzi oddziałem?

Do oddziału było im daleko. Krzysiek dostrzegł, że dowódcą musiał być młokos, który nigdy nie widział wojny na własne oczy albo żołnierze z jego oddziału byli biernymi uczestnikami wydarzeń wojennych. Pytanie tymczasowego dowódcy zbiło ich z tropu, bo zaczęli się rozglądać.

Więc nawet nie mieli swojego dowódcy? Choć Wartecki również nie miał doświadczenia wojskowego, to przynajmniej starał się, żeby jego armia trzymała jakieś standardy.

Po chwili rozsunęli się, a przed grupę wyszedł żołnierz, który urodził się z krokiem marszowym. Podobnie jak wielu żołnierzy z jego oddziału miał mundur niemiecki, do którego dołączył kilka biało-czerwonych odznak. Spojrzenie Krzyśka przykuło kilka blizn po pociskach z broni palnej na jego twarzy. Usunął je w wyobraźni i wyszła mu osoba, która wyglądała młodziej od niego.

– Podporucznik Alojzy Nowak, taki miałem stopień w armii cesarskiej. Teraz jestem kapralem oddziału z Wrześni.

Na Warteckim postawa dowódcy z Wrześni zrobiła duże wrażenie. Był młodszy od niego, a już miał wielkie doświadczenie wojenne. Inaczej nie zyskałby nominacji na podporucznika już w wieku dwudziestu kilku lat. Jedlin Jacobson nie był tak zachwycony jak Krzysiek. Nastąpiły oficjalne przywitania, po których Wojciech rozkazał zaangażować żołnierzy w przygotowania do obrony miasta. Po kilku słowach kaprala oddział rozszedł się po całych koszarach.

– Jeszcze przybędzie do nas drugi oddział z Wrześni pod dowództwem Władysława Wiewiórkowskiego – oznajmił kapral z blizną.

Krzysiek oraz Wojciech przyjęli tę informację bez entuzjazmu. Czekali z niecierpliwością na drugi oddział z Wrześni. W trakcie oczekiwania rozmawiali o sytuacji w Gnieźnie i w jego okolicy. Wszyscy trzej dowódcy byli tego samego zdania, że należy rozpocząć szturm na wieś. Trzeba wykorzystać okazję, póki Niemcy nie przygotowali się do jej obrony.

– Czy Naczelna Rada Ludowa została poinformowana o sytuacji w Gnieźnie i w Zdziechowej? – spytał Nowak.

Choć to Taczak wydawał komendy dotyczące inwazji na poszczególne miasta, to kontrolę nad całym powstaniem sprawowała Naczelna Rada Ludowa. Nie zabiegała o rozpoczęcie powstania, lecz skoro już wybuchło, to chciała, żeby rozwijało się powoli, aby nie skakano z miasta na miasto, jak żaba. Zależało jej, żeby zdobyć i umocnić miasta na wypadek kontrnatarcia niemieckiego. Wartecki nie uważał, żeby to był zły pomysł, lecz nie wyzwolili tak dużo miast, żeby mieli gdzie się umacniać.

– Co to za klaun idzie? – doktor skierował wzrok wszystkich na wejście do koszar, gdzie właśnie wchodził trzydziestoosobowy oddział. Wojciech zwrócił uwagę na dowódcę, który bardziej przypominał mu austriackiego gospodarza aniżeli żołnierza. Miał bujne wąsy sięgające do ust, czapkę z wgłębieniem na górze i zamiast mausera przewieszonego przez ramię miał lornetkę.

– Nie szata zdobi człowieka! – zbulwersował się kapral Nowak. Prawdopodobnie człowiek ten był dla niego autorytetem. – To jest właśnie drugi oddział z Wrześni, o którym mówiłem.

Krzysiek też nie był zadowolony z uwagi doktora, ale szybko o niej zapomniał, bo dostrzegł, że oddział jest dobrze uzbrojony. Oprócz mauserów kilku z nich niosło lekkie maximy, a następnych kilku pchało dwa ciężkie karabiny. Teraz zrozumiał, czemu się spóźnili. Wybiegł im jako pierwszy na spotkanie.

– Witajcie serdecznie, przyjaciele. Jestem kapral Krzysztof Wartecki.

– Bardzo mi miło, kapralu. Podporucznik Władysław Wiewiórkowski.

Zatem Września posiadała wysoko uzdolnionych dowódców. Nie dziwne, że tak szybko się wyzwoliła – stwierdził Krzysiek. – Zainteresujcie się, co zrobić z karabinami. Muszę poznać sytuację w mieście – rozkazał swoim żołnierzom.

Poprowadził go ku doktorowi, który zażartował na temat jego wyglądu. Podporucznik zaśmiał się, a potem dyskutowali o sytuacji w Gnieźnie.

 

30 grudnia 1918 roku, Koszary, Gniezno

 

W trakcie rozmowy o dalszym losie powstania do koszar przybył następny oddział, o którym nie wiedział nawet doktor Jedlin Jacobson. Wartecki, widząc ich, wpadł w euforię. W Gnieźnie było ponad czterystu ludzi, a więc mogli podjąć równorzędną walkę z wrogiem. Już chciał ruszyć do bitwy, lecz gdy dostrzegł ponurą minę dowódcy przybyłego oddziału, jego zapał zgasł.

Krzysiek zawiesił wzrok na dowódcy. Dopiero, gdy dłużej się przypatrzył, rozpoznał tę osobę. Był to jeden z pionierów nowoczesnego mleczarstwa w Wielkopolsce. Zrewolucjonizował on sposób prowadzenia spółdzielni mleczarskich, podnosząc ich efektywność. Pionier mleczarstwa, widząc Krzyśka i pozostałych wielkich dowódców, podszedł do nich.

– Kapitan Władysław Sczaniecki. – Uścisnął dłoń wszystkich, po czym kontynuował. – Razem ze mną przybyło osiemdziesięciu żołnierzy. Jesteśmy gotowi do walki.

– To chyba dobrze? Bo jakoś nie widzę radości na waszych twarzach.

Wtedy kapitan wskazał na jednego ze swoich żołnierzy, który wyciągnął list spod płaszcza i przekazał go Wojciechowi. Wszyscy dowódcy skupili się przy doktorze, który czytał na głos. Był to rozkaz z Naczelnej Rady Ludowej, który… zakazywał im ataku na Zdziechową. Gdy dowódcy zapoznali się z listem, mieli ochotę rozszarpać go na strzępy, pognieść, podeptać i zapomnieć. Jednakże pochodził on wprost z Naczelnej Rady Ludowej.

– To nie ma żadnego sensu – odparł Krzysiek. – To, że komendant nie chce nawiązywać walki, to jeszcze mogę wytłumaczyć obawą o cywili, ale Naczelna Rada Ludowa?

– Stojąc tutaj, nie wygramy powstania – dodał kapral Nowak.

Podobne zdanie do nich mieli doktor Jakobson oraz podporucznik Wiewiórkowski. Zgadzali się z Krzyśkiem, że należy zaatakować ich już teraz i nie ma innej możliwości.

– Rozkaz to rozkaz – odrzekł po dłuższej chwili Wojciech Jacobson, lecz słowa były niewspółmierne do tego, co naprawdę sądził o takim rozwiązaniu.

Krzysiek posłał jednego ze swoich żołnierzy, żeby przekazał rozkazy dowództwa każdemu napotkanemu żołnierzowi. Wielu z nich nie wiedziało, w jakiej są sytuacji, toteż chciał ich uświadomić.

Do koszar wszedł komendant miasta.

– Niemcy odrzucili nasze warunki – rzekł, gdy podszedł do Wojciecha i zgromadzonych wokół niego dowódców. Przedstawił im się i wymienili uściski, po czym pokazano mu rozkaz. – To pan przyniósł rozkaz z Naczelnej Rady Ludowej? – spytał jednego z żołnierzy pod dowództwem kapitana Sczanieckiego.

– Tak, jestem doktor Bronisław Szulczewski i przywiozłem rozkaz z Naczelnej Rady Ludowej.

Coś za dużo jest osób w armii, która jest przeszkolona do innej specjalności, niż wojskowa – pomyślał Krzysiek. Nie przeszkadzało mu to, lecz utwierdzało go w przekonaniu, że armia jest słabo przygotowana do powstania. Dowodzić takimi oddziałami powinien doświadczony pułkownik, a nie były cukrownik i doktor. Powstanie wybuchło za wcześnie, ale co się stało, to się nie odstanie. Teraz trzeba popchnąć ten wózek dalej.

– Dobrze, w takim razie nie podejmujemy walki zgodnie z zakazem Naczelnej Rady Ludowej, ale jeszcze dzisiaj pójdę ponownie porozmawiać z Niemcami. Musimy dojść do konsensusu.

– Panie komendancie, zdaje pan sobie sprawę, że rozmowy ponownie zakończą się fiaskiem – rozpoczął Wojciech, lecz Zygmunt nawet nie chciał słyszeć słów sprzeciwu. Zwrócił się jedynie do kaprala Nowaka oraz podporucznika Wiewiórkowskiego. – Dziękuję panowie, żeście przybyli, możecie odejść.

Wojskowi uznali to za kpinę.

– Przybyliśmy tutaj walczyć, a nie chować się za okopami. Wielka Wojna się skończyła, toteż sposób walki ulega zmianie. Póki się nie umocnili, musimy iść…

0 0 votes
Article Rating

Strony: 1 2 3

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x