fb Rozdział XV: W drodze do wolności – część 1 - SegeWorld | Kamil "Sege" Sobik

Strona wykorzystuje ciasteczka by świadczyć usługi na najwyższym poziomie Polityka prywatności

Rozumiem
image

Rozdział XV: W drodze do wolności – część 1

28 listopada 2019
Pobierz w formacie PDF

Siedziba Polskiej Organizacji Wojskowej, Poznań – 6 grudnia 1918 roku

 

Od kilku dni funkcję dowódcy Polskiej Organizacji Wojskowej pełnił Mieczysław Andrzejewski, który walczył na froncie zachodnim po stronie Ententy. Na życzenie Wierzejewskiego zastąpił go w sprawowaniu kontroli nad organizacją. Joanna, Wiktoria oraz Lange przyjęli rezygnację założyciela ze stoickim spokojem, jedynie dla Palucha był to cios. Do jego kaprysów zdążył się już przyzwyczaić praktycznie każdy z działaczy. Wojciech Korfanty starał się uczestniczyć w zebraniach Polskiej Organizacji Wojskowej, jeśli tylko miał taką możliwość. Ostatnio brakowało mu czasu ze względu na prace podczas obrad sejmu dzielnicowego i to właśnie jedna z uchwał sejmu mocno nie spodobała się Paluchowi.

– Panie pośle! – Porucznik nie krył się już z ironią skierowaną w jego stronę – Może wyjaśni nam pan, w jaki sposób Naczelna Rada Ludowa chce wywalczyć wolność dla wielkopolan bez walki zbrojnej?

– Niemcy przegrały wojnę i muszą pójść na liczne ustępstwa. Sejm dzielnicowy pokazał krajom Ententy, do jakiego państwa chce przynależeć Wielkopolska. Kwestia czasu, kiedy państwa Ententy zatwierdzą uchwałę o przynależności Wielkopolski do Polski.

– Sam pan chyba w to nie wierzy, panie pośle. Od podpisania traktatu pokojowego w Compiegne minął już miesiąc i jakoś nie widzę, żeby zostały w tym celu poczynione jakiekolwiek kroki.

– Uważa pan, że nic nie robimy, tylko zbijamy bąki?

– Ja nie uważam. Jestem o tym przekonany, tam samo jak byłem przekonany o utworzeniu Grenzschutzu w Poznaniu.

Minęły dwa tygodnie od rozmowy Korfantego z przedstawicielem władzy niemieckiej, a mimo to Paluch wciąż mu to wypominał. Ilekroć była taka możliwość, to podważał jego wpływy i pozycję w Polskiej Organizacji Wojskowej. Pozostali członkowie nie dawali się złapać na zagrywki dezertera armii niemieckiej.

– Tak czy inaczej, mamy do czynienia z Grenzchutzem w Poznaniu i utworzeniem Wach-und Sicherheitsdienst – dostrzegła Joanna. – Jeśli przybędą tutaj te oddziały, to ludność miasta może zapomnieć o spokoju.

– Straż Ludowa jest tylko polską organizacją – nadmienił Lange. – Na Genzchutz nic nie poradzimy, ale członków Wach-und Sicherheitsdienst możemy przystosować pod siebie.

– Co ma pan na myśli? – dociekał Paluch.

– Jakoś trzeba przystosować Wach-und Sicherheitsdienst do warunków poznańskich.

– I niby co, podejdzie pan do Niemca, oprowadzi go po Poznaniu i powie, co powinien, a czego nie powinien robić?

– Niezupełnie musi to być Niemiec. – Spokojny głos Warteckiej skierował na nią zainteresowanie porucznika oraz pozostałych członków. Patrzyli, jakby co najmniej postradała rozumy. Co ona myśli o naprowadzeniu Polaków przeciwko sobie? Nie rozumieli jej intencji. – W Wach-und Sicherheitsdienst nie muszą być Niemcy.

– Prosimy o wyjaśnienie – zachęcił Andrzejewski.

– Z tego, co wiem, Niemcy w ogóle nie wiedzą o naszych polskich nazwiskach, mimo że zostały one zarejestrowane w urzędach niemieckich. My z Wiktorią w ogóle nie powinnyśmy być zapraszane na niemieckie bankiety, a mimo to nadal jesteśmy.

– No zgadza się, ale co to ma wspólnego z utworzeniem Wach-und Sicherheitsdienst?

– Chociażby to, że wciąż traktują nas jako Niemki. Skoro nas traktują jako Niemki, to tym bardziej będą traktowali tak tysiące Polaków, którzy w trakcie Wielkiej Wojny walczyli po stronie niemieckiej.

Nikt nie czytał w myślach Joannie, choć każdy z nich próbował zrozumieć, do czego zmierza pani Wartecka. Kontynuowała.

– Mówiłaś Wiktoria, że gubernator prowincji poznańskiej wciąż zbiera listę osób, które powinny zostać powołane do nowo formowanych oddziałów.

– No tak, ale pani Joanno, proszę przejść do rzeczy, bo niczego nie rozumiem. – Podobnego zdania byli pozostali dowódcy Polskiej Organizacji Wojskowej.

– Wprowadźmy listę osób, gdzie będą sami Polacy, ale pod niemieckimi nazwiskami.

Pomysł Joanny wydawał się tak szalony, że wszyscy uczestnicy obrad aż prychnęli śmiechem. Najgłośniej zrobił to Paluch.

– Z całym szacunkiem, pani Joanno, ale widać, że nie zna się pani na Niemcach i ich metodzie kontroli. Owszem, wielu z nich wciąż kojarzy nas z niemieckimi nazwiskami, ale ich urody nikt z nas nie posiada. Szybko nas wykryją i całą naszą mistyfikację trafi szlag.

– Przepraszam, panie poruczniku, przed chwilą chciał pan walczyć, a teraz pan ucieka?

– Nie uciekam przed walką ze szkierbami! – Oskarżenie o tchórzostwo obudziło w nim bestię. – Jestem wściekły za każdy dzień, w którym te skurczybyki przebywają w Polsce i traktują nas gorzej niż niewolników! – Specjalnie użyła tych słów, żeby wzburzyć porucznika, bo wiedziała, że ze względu na szacunek, jakim ją darzy, opanuje się. – Chcę walczyć w każdej chwili, lecz walka to nie skierowanie pistoletu do swojej głowy i naciśnięcie spustu. Trzeba dać sobie szansę na to, aby zawalczyć z tak wymagającym przeciwnikiem.

– Właśnie taką szansę sobie damy. Niemcy utrzymają naszych żołnierzy.

Porucznik, Wiktoria oraz pozostali uczestnicy obrad zastanawiali się nad słowami Joanny. Próbowali znaleźć przeszkody w jej planie podrzucenia Niemcom listy żołnierzy. Pierwszą z nich znalazła Wiktoria.

– Listy tej pilnuje nasz niemiecki znajomy, Lars Bairich. Wybiera dokładnie tych ludzi, którzy następnie przejdą jego wnikliwą obserwację.

– Jak wielki oddział Wach-und Sicherheitsdienst zamierza być sprowadzony do Poznania i Wielkopolski? – spytał Wierzejewski.

– Ma się składać z sześciu tysięcy ochotników. Przynajmniej o takiej liczbie mówią oficjalnie – zaznaczył Paluch, który od momentu zamachu na ratusz jest na bieżąco z informacjami dotyczącymi planów wojskowych na terenie Poznania i Wielkopolski.

Wincentemu najwidoczniej zrodził się w głowie jakiś pomysł, lecz Paluch go obalił.

– A skąd oni wezmą aż tylu Niemców? – zastanawiała się Wartecka. – Nie mają nawet żołnierzy, żeby pilnować swoich garnizonów w Niemczech, a będą tutaj sprowadzać kilkutysięczne oddziały? Są zmuszeni zwerbować do oddziałów szkierbów, którzy są w Wielkopolsce, a wtedy łatwo o pomyłkę.

Pomyłki chodzą po ludziach, nie po lesie. Początkowo szalona koncepcja Joanny zaczynała nabierać kształtów także wśród wątpiących.

– Ale jak my to zrobimy? – spytał Andrzejewski i na to Wartecka nie miała pomysłu.

– Uśmiercimy naszych – wyskoczył Paluch, na co wszyscy spojrzeli na porucznika, jakby ten oznajmił im o ponownym przyjściu Chrystusa na ziemię. – W papierach rzecz jasna. – Nawet takie sprecyzowanie niewiele im wyjaśniało. – Sama pani powiedziała, że Niemcy zapisują nas pod niemieckimi nazwiskami, a nie znają polskich.

– No tak, ale…

– Wiem, że jeśli uśmiercimy naszych Polaków, to ktoś ich musi zastąpić, aby liczba się zgadzała.

– Tylko jak my uśmiercimy naszych i wpiszemy ich pod niemieckimi nazwiskami? Wejście do ratusza od momentu naszej brawurowej akcji nie będzie problemem, ale jak my tę listę podrzucimy Bairichowi? Zwłaszcza że on osobiście pilnuje, aby wybrać odpowiednich ludzi do oddziałów.

W tym momencie nikt nie miał odpowiedzi na to pytanie. Joanna kojarzyła sierżanta Bairicha jako jednego z najbardziej ambitnych i oddanych niemieckich żołnierzy, dlatego też do wszelkich obowiązków przykłada się, jakby miały one zaważyć na przyszłym być albo nie być kraju niemieckiego.

– Dobrze, w tym momencie najważniejsze jest, żebyśmy stworzyli tę listę – postanowił Andrzejewski. – Dziwnie będzie, jeśli szkierby zauważą, że Niemcy, którzy są według nas martwi, cudownie zmartwychwstali.

– Tutaj trzeba będzie się trzeba dogadać z grabarzami. – Jak już porucznik wpadł na jakiś pomysł, to było to równoznaczne ze skupieniem na sobie uwagi wszystkich członków Polskiej Organizacji Wojskowej. Były to pomysły tak innowacyjne, iż nikt nie zakładał, że można tak daleko wybiec z wyobraźnią. – Pochowamy Polaków wracających z frontu pod polskimi nazwiskami, a szkierbom damy tych samych ludzi pod niemieckimi. Upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu, bo jeszcze uśpimy ich czujność.

– To ma sens – dostrzegła Wartecka. – Będziemy mieli ludzi, którzy umarli i będziemy mieli ludzi, którzy ich zastąpią. To brzmi racjonalnie.

– To jedną kwestię mamy rozwiązaną. Panie poruczniku, odpowiada pan za uzgodnienie tej wersji z polskimi grabarzami i ustalenie tego faktu z rodzinami poległych. Chyba nie muszę zaznaczać, jak ważne jest, żebyśmy zapamiętali, pod jakimi nazwiskami i kogo pochowaliśmy.

– Przyjąłem – odparł Paluch jak zwykle w bojowym nastawieniu.

– Teraz trzeba wybrać konkretne osoby – zauważyła Joanna. – I najlepiej, żeby były pochowane na kilku cmentarzach. Im bardziej będą rozproszone, tym większa szansa na pomyłkę.

– W radzie wojskowej mam dostęp do informacji, którzy żołnierze wracają z frontu i do których rodzin. Zarządzę szeroką akcję w swoim oddziale, żebyśmy wtajemniczyli odpowiednie rodziny. Potrzebuję na to kilku dni.

– Chyba tygodni – zażartowała Wiktoria.

– Nie. Dosłownie kilka dni mi wystarczy.

– Dobrze – odrzekł Andrzejewski. – W takim razie niech pan rozpocznie działanie i za kilka dni oczekujemy pierwszych efektów.

Paluch zasalutował i wyszedł z siedziby. Nastała chwilowa cisza z powodu drugiej części brawurowego planu. Nikt nie chciał go rozpocząć, choć każdy wiedział, że to jest kwestia, którą jako pierwszą należało rozstrzygnąć. Jak dostarczyć zmodyfikowaną listę Bairichowi?

– Nie wątpię, że Paluchowi się powiedzie – rzekł Wierzejewski. – Tylko jak my ją dostarczymy Niemcom?

– Praktycznie się z nią nie rozstaje – zauważyła Wiktoria. Podobnie jak Joanna dość często przebywała w niemieckim towarzystwie i z wieloma przedstawicielami władzy, zarówno wojskowej, jak i cywilnej, obie miały dobre kontakty. Nie spoufalały się z nimi, ale też wiedziały, na ile mogą sobie pozwolić, aby przez przypadek żaden z nich nie połapał się w ich akcji.

0 0 votes
Article Rating

Strony: 1 2 3

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x