fb Rozdział XVI: W drodze do wolności – część 2 - SegeWorld | Kamil "Sege" Sobik

Strona wykorzystuje ciasteczka by świadczyć usługi na najwyższym poziomie Polityka prywatności

Rozumiem
image

Rozdział XVI: W drodze do wolności – część 2

27 grudnia 2019
Pobierz w formacie PDF

Wcześniejsze negocjacje ze stroną niemiecką Kittel, Sczaniecki i Szulczewski odbywali ze świadomością mentalnej przewagi po stronie niemieckiej. Tym razem przewaga należała do powstańców. Jacobson ze Sczanieckim zamierzali ją wykorzystać.

Zmierzając do dworu Edwarda Wendorffa, mieli zawieszoną białą flagę. Nie poddawali się, ale pokazywali brak wrogich zamiarów. Z tyłu głowy tkwiła im świadomość, iż Niemcy mogą się nie przejmować, w jakiej sprawie przychodzą do nich i nacisną na spust mausera. Wielu Niemców spoglądało na nich wrogo, lecz nie mieli zamiaru ich zastrzelić. Sczaniecki próbował doliczyć się żołnierzy stacjonujących we wsi. Przerwał, gdy doliczył do stu, a nawet nie przebyli połowy drogi.

– Za dużo ich tutaj jest. – Kapitan przerwał niezręczną ciszę. – Nie dość, że jest ich dużo, to jeszcze są dobrze uzbrojeni. Mam nadzieję, że posiłki z Gniezna do nas przybędą.

– Szczerze? Nie liczyłbym na to – zniechęcił go Jacobson. – Kittel będzie przestrzegał rozporządzenia Naczelnej Rady Ludowej, nawet gdyby podjęli najbardziej idiotyczną decyzję.

Pod jakimś względem kapitan rozumiał decyzję Kittla, zwłaszcza że sam początkowo był niechętny do walki. Jednakże teraz nie rozumiał, jak mógł nie martwić się o żołnierzy, którzy poszli walczyć za wolność ich wszystkich? To cud, że nikt nie zginął w trakcie tego brawurowego ataku na szkołę, ale jeśli nadal będą pozostawieni sami sobie, w końcu kogoś pogrzebią.

Zbliżali się do dworu. Przed wejściem stanęło kilku żołnierzy z lufami mauserów wymierzonymi w ich stronę. Zeszli z koni i podnieśli ręce do góry.

– Czy oni naprawdę myślą, że wejdziemy w gniazdo szerszeni i zaczniemy je drażnić?

– Najwidoczniej tak, panie kapitanie. Chociaż odpuściłbym sobie porównanie do szerszeni. – Choć doktor nie miał doświadczenia wojskowego, do każdej sytuacji podchodził z pozytywnym nastawieniem. Nie tracił go nawet, gdy śmierć zaglądała mu w oczy. – Uważaj, bo mam bombę pod płaszczem.

Żart doktora przestraszył żołnierzy, a jeden z nich powalił go na ziemię i zaczął wnikliwie przeszukiwać. Widząc, że dowcip wyszedł, zaczął się głośno śmiać. Sczaniecki kręcił głową z dezaprobatą. Gdy żołnierz sprawdził obecność fikcyjnej bomby, pośpieszył ich, by nie tracić już na nich więcej czasu.

– Chyba nie rozumieją pańskiego poczucia humoru. – Żeby jeszcze kapitan go rozumiał.

– Mówiłem, że jedziemy ich nastraszyć. – Jedlin Jacobson był dumny ze swojego dowcipu, w przeciwieństwie do swego kompana.

Weszli do dworu. Dwóch żołnierzy zaprowadziło ich do swoich dowódców. Jacobson czuł się jak Minotaur w labiryncie, natomiast Sczaniecki czuł się jak u siebie. Wrogowie zaprowadzili ich do pokoju dowodzenia, gdzie znajdowało się trzech niemieckich dowódców. W przeciwieństwie do pierwszego spotkania Sczanieckiego z dowódcami, tym razem oficerowie byli w posępnym nastroju, co podniosło kąciki ust kapitana.

– Popatrzcie – jeden z nich zwrócił uwagę pozostałych na gości – przybyły polskie wieprze, które nie umieją dotrzymać warunków umowy.

– Nie przypominam sobie, abyśmy obiecywali nie atakować do dwunastej jutrzejszego dnia.

Urażona duma niemiecka podniosła się z krzesła i z wrogim nastawieniem zbliżała do Polaków. Ich oczy wyrażały chęć wyrządzenia krzywdy psychicznej, ale nie mieli ku temu sposobu, toteż byli czołgami bez amunicji.

– Czego chcecie?!

– Nasze stanowisko chyba jest jasne i nie powinno was dziwić – wtrącił Jacobson. – Macie opuścić Zdziechową i nie wracać.

– Nie bądź taki do przodu. To, że raz wam się udało wygrać, nie oznacza już kolejnego zwycięstwa.

Jacobson chciał odpowiedzieć, ale Sczaniecki go powstrzymał. Potrafił działać racjonalnie, jeśli widział szansę na uzyskanie czegoś więcej w negocjacjach. Gdy był tu poprzednim razem z Kittlem i Szulczewskim, za często dawał się ponieść emocjom. Nie dość, że rozbawiał Niemców swoimi nagłymi zrywami emocjonalnymi, to jeszcze nic nie udało im się zyskać. Teraz miał wróbla w garści i należało go nauczyć życia w klatce.

– Drodzy panowie, widzieliście, jak zwinnie podeszliśmy pod szkołę. Nie potrzebowaliśmy wielu ludzi, aby pokazać wam wasze miejsce w szeregu. Tak więc naprawdę myślicie, że macie nad nami przewagę?

Doktor nie reagował, choć nieznaczny grymas przeszedł po jego twarzy. Spodziewał się kłamstw Władysława, a tymczasem powiedział on prawdę.

– Może przekonamy się o tym, gdy ruszymy na szkołę ze wszystkimi naszymi oddziałami?

– Próbujcie szczęścia – drażnił niedźwiedzia, by wpadł we wnyki. – Jednak pragnę zauważyć, że wtedy nasze oddziały kawalerii z Bojanic, Świętnik Wielkich oraz Modliszewa przybędą nam na ratunek. Znajdziecie się między młotem a kowadłem. Czy więc nadal chcecie próbować szczęścia?

Reakcja oficerów mocno zaniepokoiła polskich dowódców. Wszyscy trzej naraz zaczęli się śmiać, a powstańcy patrzyli na nich, jakby postradali rozumy. Uświadomił ich o podbiciu wymienionych miejscowości przez polskich kawalerzystów, a oni się śmieją? Czy zatem w międzyczasie stracili kontrolę nad tymi miejscowościami?

– Naprawdę myśleliście, że damy się nabrać? – Jeden z nich usiadł na fotelu i rozłożył ręce, niczym pan litujący się nad swoim chłopem. – Mogę w tej chwili zadzwonić do moich ludzi stacjonujących w tych miastach i zaraz się przekonacie o rzekomej obecności swoich oddziałów.

Pewność, z jaką oficer wypowiadał te słowa, wywołała lekkie obawy w polskich dowódcach. Ich myśli napełniły się czarnym scenariuszem, który zakładał utratę panowania nad tamtymi wsiami. Jeśli rzeczywiście tak się stało, zostaliby otoczeni w szkole bez możliwości powrotu.

Niemiec opuścił śmiejących się współtowarzyszy i udał się do telefonu. Wybrał odpowiedni numer i z radosną miną czekał na potwierdzenie swoich przypuszczeń o obecności niemieckiej armii we wsiach wymienionych przez Sczanieckiego. Im dłużej trwała rozmowa, tym bardziej słabnął uśmiech niemieckiego oficera. Dopytał się o szczegółowy raport z miejscowości i gdy jego podwładny streszczał sytuację, oficer coraz bardziej się irytował, aż w końcu ze złością odłożył słuchawkę. Wpłynęło to na pozostałych dowódców, którzy momentalnie przestali się śmiać.

– Może to wam się udało wygrać tę bitwę, ale do końca wojny jeszcze dużo czasu.

– Prawda, lecz krok po kroku jesteśmy bliżsi wyzbycia się waszej kontroli – oznajmił Jacobson z rozbrajającą szczerością. – Zatem nasze warunki są nadal takie same. Macie opuścić Zdziechową i rzucić broń. Inaczej my upomnimy się o swoje.

Żaden z wrogów nie wyśmiewał już warunków postawionych przez Polaków. Był to cios w ich zawyżone ego, lecz nie mogli na niego odpowiedzieć. Przez moment strona polska i niemiecka mierzyły się wzrokiem. Niemcy każdym najmniejszym gestem pokazywali rosnącą w nich złość, na co Polacy okazywali rozbawienie, które narastało wraz z potęgowaniem się ich zdenerwowania.

Po dłuższej chwili wpatrywania się w Polaków zdali sobie sprawę, że groźnymi minami nie zmniejszą żądań polskiej strony.

– Musimy omówić te warunki. Przyjdzie do was człowiek, kiedy ustalimy, co zrobić.

– Ooo! – Jacobson kiwał przecząco palcem. – Nie ma tak. Tu i teraz chcemy uzyskać odpowiedź. Możemy poczekać najwyżej pół godziny.

Współtowarzysz docenił determinację doktora. Sam chciał postawić im taki warunek, bo nigdy nie podejmie się dobrej decyzji pod wpływem wzburzenia emocjonalnego.

– W takim razie poczekajcie na zewnątrz. Zawołamy was, kiedy się naradzimy.

Polacy pokiwali głowami i zostawili ich samych. Pół godziny ciągnęło się niczym nieznośnie nudne przedstawienie w teatrze. Ucieszyli się, gdy już minęło i zawołał ich niemiecki żołnierz. Wrócili do miejsca negocjacji i tam czekali na nich dowódcy, stojąc na baczność, jakby witali samego cesarza Wilhelma Hohenzollerna.

– Przedyskutowaliśmy pańskie warunki. – Niechętnie spojrzeli po sobie, bo nikt z nich nie chciał ogłosić prawdy, która stanęła im przed oczami. – Zgadzamy się na wasze żądania, ale mamy jeden warunek.

– Odrzucamy go – wypalił Jacobson, a Sczaniecki spojrzał gniewnie na towarzysza.

– Jaki to warunek? – spytał kapitan.

– Oddajecie nam połowę zrabowanej broni i wszystkie karabiny maszynowe, które przejęliście ze szkoły. Jeśli zwrócicie nam je jutro z rana, do południa nas już nie będzie.

Jacobson uznał to za kpinę.

– Zgadzamy się. – Głowa doktora momentalnie obróciła się do kapitana. Patrzył na wojskowego, jakby spadł z nieba i nie wiedział, jakie są zasady na wojnie. Mieli przewagę, to dlaczego ją tracili? Mogli wytargować coś więcej, a on jeszcze chciał, żeby to Polacy stracili? – Zatem do jutrzejszego popołudnia zwrócimy wam wszystkie karabiny ze szkoły. Przyniosą wam je nasi żołnierze pod dwór. Jeśli cokolwiek im zrobicie, zrywamy nasze warunki.

– Podobnie, jeśli wy nie dotrzymacie swojej części umowy.

Bez dodatkowych słów pożegnania wyszli z dworu. Jacobson rzucił się pięściami na Sczanieckiego.

– O co panu chodzi? – Odepchnął go od siebie, ale to tylko rozzuchwaliło bestię.

– Po co w ogóle walczymy, skoro im wszystko oddajemy!

– Co im oddamy? Dwadzieścia mauserów?

– I do tego wszystkie karabiny maszynowe, które tak ciężko zdobyliśmy.

Do maxima zdobytego przez Bojanowskiego i kaprala Warteckiego dołożyli jeszcze trzy zdobyte w Bojanowicach.

– A niby dlaczego mamy je oddawać? – Jacobson już nie wiedział, czy to Sczaniecki jest aż tak głupi, czy on coś źle zrozumiał. Niemniej doktor na chwilę opanował swoje nerwy. – Niemcy nie miały żadnego maxima w szkole. Wszystkie karabiny, które zdobyliśmy, nie pochodziły ze szkoły. Zapomniał pan o tym?

Zapomniał. Oficerowie zaznaczyli, że karabiny miały pochodzić ze szkoły, a nie wspominał o ogólnie zdobytej broni. Zatem zwrócą im tylko dwadzieścia mauserów, na których i tak im nie zależało.

0 0 votes
Article Rating

Strony: 1 2 3

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x