fb Rozdział XVIII: W drodze do wolności - SegeWorld | Kamil "Sege" Sobik

Strona wykorzystuje ciasteczka by świadczyć usługi na najwyższym poziomie Polityka prywatności

Rozumiem
image

Rozdział XVIII: W drodze do wolności

16 stycznia 2020
Pobierz w formacie PDF

Koszary, Gniezno – 31 grudnia 1918 roku

 

Minęła już północ. Żołnierze nie przygotowywali się już do obrony miasta, lecz do inwazji na Zdziechową oraz wsparcia skromnych oddziałów Jacobsona, Warteckiego, Sczanieckiego i Bojanowskiego.

Alojzy Nowak i Władysław Wiewiórkowski wchodzili do koszar gnieźnieńskich z dużo skromniejszym oddziałem. Mieli pod sobą trzydziestu żołnierzy, lecz dwunastu z nich operowało czterema karabinami maszynowymi. Zauważyli, że w koszarach jest dużo więcej żołnierzy niż wczoraj.

– Dalej czekają na rozkaz od Kittla? – Pytanie młodszego oficera nie było skierowane do nikogo konkretnego, opisywało raczej sytuację panującą w koszarach.

– Na to wygląda. – Wyszedł w stronę chaotycznie biegających żołnierzy. – Razem z kapralem Alojzym Nowakiem idziemy wspomóc naszych w Zdziechowej. Czy ktoś jest chętny do walki?

Na chwilę zapanowała cisza. Władysław widział w nich chęć walki, lecz jednocześnie bali się złamania rozkazu komendanta miasta. W końcu jeden z nich poszedł w stronę dowódców.

– Oddziały z Kłecka są do waszej dyspozycji. – Momentalnie pojawiło się przy nim dwudziestu żołnierzy. Wyszło jeszcze trzech dowódców z trzydziestoosobowymi oddziałami z Witkowa, Trzemeszna i Powidza.

Panowie kiwnęli z aprobatą, widząc ich chęć do walki. Alojzy Nowak przekazał im dalsze rozkazy.

– Zaraz o świcie ruszamy na wieś, więc macie trochę czasu, żeby nabrać sił i zebrać potrzebny ekwipunek. Rozejść się.

Wykonali rozkaz, do którego zastosowali się również porucznicy.

 

Dotarli do południowej części wsi, a tam weszli do opuszczonej cegielni. Oceniając poustawiane tam rzeczy, uznali, że musieli tu wcześniej przebywać Jedlin Jacobson oraz Wartecki. Stąd Wiewiórkowski kazał jednemu z żołnierzy iść po dowódców ze szkoły. Był pewny, że nie posiadają oni przenośnej radiostacji. Pojawili się pół godziny później.

– Czemu po nas nie zadzwoniliście, tylko wysyłacie na przeraźliwy mróz tego biedaka? – strofował dowódców z cegielni Jacobson, gdy tylko zauważył przenośną radiostację w rękach Nowaka. – Sumienia wam brak?

– W ten nietypowy sposób doktor Jacobson chciał się z panami przywitać – wyjaśnił Wartecki.

– Właśnie tego mi brakowało – odrzekł podporucznik Wiewiórkowski, który jako pierwszy podszedł i przywitał się z dowódcami z dworu. Po oficjalnych przygotowaniach zaprosił ich do jednego z pokoi, gdzie mieli rozłożoną mapę wsi i najbliższych okolic. – Powiecie panowie, jak sytuacja wygląda? Z tego, co wiem, szkierby depczą nam po piętach.

– Południowa część wsi jest w naszych rękach – odrzekł Sczaniecki, który przybył wraz z kapralem Warteckim i doktorem Jacobsonem. – Udało nam się również odciąć drogę Niemcom do Łopienna. W tych okolicach są nasi kawalerzyści, z którymi mamy bliski kontakt. Ostatni raport jest sprzed godziny.

Nowak wziął ołówek i naniósł na mapę uzyskane informacje w postaci okrągłych zamalowanych kształtów, strzałek i oznaczenia miejsca, gdzie przebywają wrogowie.

– Zatem musimy ich wykurzyć z tego dworu – wskazał centralny punkt na mapie, którym był dwór Edwarda Wendorffa. – Proponuję dokonać jednoczesnego ataku na dwór z trzech stron.

– Więc naszą odpowiedzią na żądania niemieckie jest atak? – upewnił się Wartecki.

– Na jakie żądania?

– Opuszczą wieś pod warunkiem, że złożymy im połowę zdobytej broni oraz karabiny maszynowe zdobyte w szkole.

Kapral z bliznami spojrzał na Warteckiego, a ten zrozumiał tę milczącą odpowiedź i poczuł się wręcz głupio, że zasugerował inne rozwiązanie niż siłowe zajęcie wsi.

– Proponuję, żebyście, panowie z Wrześni, zaatakowali od południowej strony. Wasze karabiny wystraszą Niemców, którzy, miejmy nadzieję, wybiegną przed budynek, wystawiając się na celownik –zasugerował Sczaniecki, na co Wiewiórkowski miał już odpowiedź.

– Pomysł dobry, ale nie ma co liczyć, że wykurzymy ich stamtąd. – Warteckiemu spodobała się taka możliwość wystrzelania Niemców jak kaczki. – Trzeba im pokazać, że nie przetrwają oblężenia, dlatego proponuję, żeby jeden z panów zaatakował ich od północno-zachodniej strony, żeby odciąć im drogę do Łopienna.

– Przecież już im ją odcięliśmy – dostrzegł Wartecki.

– Panie kapralu, myśli pan, że jak Niemcy wycofają się z dworu, to zlękną się kilkunastu kawalerzystów, kiedy ich będzie z trzystu?

Grymas na twarzy Wiewiórkowskiego uzmysłowił Warteckiemu odpowiedź.

– Zatem postanowione. Zróbmy, co mamy zrobić, to może jeszcze zdążymy na obiad – zakończył naradę Jacobson.

 

Krzysiek poszedł do walki razem z kapralem Nowakiem i podporucznikiem Wiewiórkowskim. Wciąż miał w myślach swoją dwukrotną kompromitację, bo pokazał, że jest młokosem wśród doświadczonych dowódców. Wydawało mu się, iż racjonalnie potrafi ocenić sytuację wojskową, ale oficerowie pokazali mu, jak wiele mu jeszcze brakuje i jeden awans tego nie zmieni.

Właśnie wchodzili do wsi, a żołnierze ze szkoły wyszli im na spotkanie. Dysponowali oddziałem stu żołnierzy. Sczaniecki atakował również od północno-zachodniej strony, dysponując oddziałem stu żołnierzy, włącznie z konnicą. Atak mieli rozpocząć od południowej strony, gdy oddziały z północny będą wystarczająco blisko dworu. Wartecki aż wyrywał się do walki.

– Przybyli już?

Wiewiórkowski rozejrzał się po okolicy. Dostrzegł, że żołnierze pochowali się po domach lub weszli do dworu, żeby bronić ostatniego niemieckiego przyczółku w Zdziechowej. Do Gniezna przybyło około stu żołnierzy, a w samym dworze mogło się znajdować jakieś pięćdziesiąt szkierbów.

Więc gdzie jest reszta? – zastanawiał się podporucznik.

– Wartecki, jesteście pewni, że otoczyliście wieś i nie daliście nikomu wyjść?

– Odcięliśmy im drogę ucieczki od strony Łopienna, ale nie przeczę, że wielu z nich mogło się wycofać od wschodniej strony wsi. Zapewne spora część uciekła z armatami, które przejęliśmy w Mącznikach.

– Pozwoliliście szkierbom zabrać armaty?! – Nowak nie wytrzymał, zresztą jeśli nie on, to Wiewiórkowski wrzasnąłby na młodzieńca. Wartecki wiedział, że dał plamę, więc nie było sensu przeinaczać rzeczywistości, zatem potwierdził ich wersję. – Przecież to byłaby największa dla nas zdobycz. Dlaczego tego nie dopilnowaliście?!

Krzysiek milczał. Dostał solidną reprymendę od Sczanieckiego i Jedlina-Jacobsona, więc nie chciał słuchać kolejnej.

– Wracając do naszej bitwy, to potwierdzam, że mogli się wycofać od wschodu, lecz nie mieliby gdzie uciec, chyba że ukradli konie gospodarzom ze wsi.

Dowódcy z Wrześni uznali to za pewnik, bo inaczej żołnierzy we wsi byłoby jak mrówek w mrowisku, a przecież ulice świecą pustkami. Spodziewali się, że przeciwnicy mogą się znajdować tylko we dworze.

– Już są – oznajmił Wiewiórkowski, który ściągnął lornetkę i wyciągnął pistolet. Następnie zwrócił się do Nowaka. – Obejmij dowództwo nad zachodnim oddziałem. Karabiny ustaw, by pilnowały luki między naszymi oddziałami. Czas pokazać Niemcom, gdzie ich miejsce.

Rozdzielili się. Wartecki poszedł razem z kapralem do zachodniego oddziału, a Wiewiórkowski na wschód. Żołnierzy z maximami ustawił na prawej stronie skrzydła. Powoli zbliżali się do dworu. Ekscytacja Warteckiego sięgała zenitu. Armia, która zbliżała się do dworu, była zbyt wielka, żeby szkierby mogły ją zatrzymać. Przeładował swojego mausera i podparł go na barku, mierząc do dworu. Liczył, że któryś z żołnierzy wyskoczy przed budynek i ustawi się wprost na jego lufie. Odda strzał i ukaże go za ojca, któremu kazał walczyć za nieswoją sprawę i nie obchodziło go, czy miał z tym rozkazem coś wspólnego, czy nie.

Nowak chciał ogłosić kolejny rozkaz, lecz Niemcy rozpoczęli ostrzał. Wiele z pocisków nie trafiło, ale jeden z nich trafił w powstańca, który momentalnie runął na ziemię. Krzysiek podbiegł do rannego towarzysza, któremu krew wypływała przez usta. Widząc Warteckiego, uśmiechnął się, a potem jego oczy już tylko gasły. Żołnierz nie reagował. Młodzieniec chciał natychmiast odegrać się za śmierć swojego towarzysza. Wstał i wymierzył mausera w budynek, ale nim oddał strzał, poczuł silne pchnięcie z boku, które przewróciło go na podłogę. Tym kimś był Nowak, który nie krył złości z powodu jego głupoty.

– Wartecki, odbiło wam! Tak bardzo prosicie się o śmierć!?

Najwidoczniej tylko silny wstrząs mógł wyprowadzić go z żądzy zemsty. Zdał sobie sprawę, na jak wielką głupotę sobie pozwolił.

– Przepraszam, już nie będę.

Alojzy poklepał Krzyśka po głowie.

– Użyj tego, co masz pod beretem! – Następnie schował się zza jednym z drzew.

Kapral poszedł w jego ślady. Rozejrzał się po okolicy i dostrzegł, że na ostrzał momentalnie odpowiedziały karabiny maszynowe stojące w przerwie między Wiewiórkowskim a Nowakiem. Pozostali żołnierze chowali się za każdą możliwą osłoną i ostrzeliwali dwór na oślep. Okna zostały wybite, lecz żaden z wrogów jeszcze nie oberwał.

Od drugiej strony zbliżały się oddziały Sczanieckiego, który widząc, że Niemcy postanowili odpowiedzieć ogniem, natychmiast ustawił swoje dwa karabiny i nakazał ostrzelanie budynku. Jeśli nadal będzie utrzymana taka siła rażenia, to prędzej konstrukcja budynku się zawali na żołnierzy, niż pociski zdołają kogokolwiek z nich zranić.

Krzysiek schował się za jednym z drzew, lecz spoglądał, jak podejść pod szkołę. Wokół nie było niczego, za czym dałoby się schować. Z bocznych okien mierzyli do nich przeciwnicy z maxima i mauserów. W stronę Sczanieckiego strzelały co najmniej dwa karabiny, lecz Krzysiek zakładał, że było ich więcej, bo strzelali z nich praktycznie bez przerwy.

Wtem Krzysiek dostrzegł coś nietypowego. Gdy jednemu z karabinów skończyła się amunicja, jego operatorzy schodzili z okna i zastępowało ich dwóch następnych z naładowanym karabinem. W takim razie mieli więcej niż dwa karabiny i mnóstwo amunicji.

– Kapralu Nowak. – Nowak leżał pod ławką, gdzie przeładowywał mausera. – Podejdźcie, musicie to zobaczyć.

Oficer uznał, że musi to być bardzo ważna informacja. Ogień wrogów był rozproszony, lecz mimo to nie należało wierzyć, że można się poczuć bezpiecznie. Gdy ostrzał na chwilę zelżał, zbliżył się do Warteckiego, któremu kazał upaść na ziemię. Kapral przekazał mu swoje obserwacje, na co Nowak głośno zaklął.

0 0 votes
Article Rating

Strony: 1 2

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x