fb Rozdział XX: W drodze do wolności – część 2 - SegeWorld | Kamil "Sege" Sobik

Strona wykorzystuje ciasteczka by świadczyć usługi na najwyższym poziomie Polityka prywatności

Rozumiem
image

Rozdział XX: W drodze do wolności – część 2

13 lutego 2020
Pobierz w formacie PDF

Poznań, siedziba Polskiej Organizacji Wojskowej – 4 stycznia 1919 roku

 

Gdy po raz pierwszy widziała się z Krzyśkiem od momentu ich ostatniej kłótni, lekko się do niej uśmiechnął, ale wciąż miał w myślach ich waśnie. Teraz nie było czasu na dyskusje na temat ich sprzeczki. Planowany nalot na Poznań był priorytetem dla każdego. Zwłaszcza dla pana majora.

– Dobrze, panowie, jest już późno, więc zacznijmy od najważniejszej sprawy. – Spotkali się po raz kolejny w sprawie lotniska. Od kiedy Wiktoria przekazała mu informację o potencjalnym nalocie na Poznań, zrozumiał, że będzie to pierwsze powstanie, w którym bojownicy zostaną wzmocnieni przez siły powietrzne. Tylko najpierw trzeba mieć do tego sprzęt. – Wiktoria, mówiłaś, że do szóstego stycznia wszystko wywiozą z Ławicy?

– Zgadza się.

Podczas tych posiedzeń nie uczestniczyli typowi działacze Polskiej Organizacji Wojskowej. Taczak życzył sobie, żeby o sprawach dotyczących sił powietrznych mówiły tylko te osoby, które mają o tym pojęcie. Dlatego zamiast Wierzejewskiego, Andrzejewskiego, Palucha czy Lange do dyskusji zasiedli tylko sierżant Bronisław Pniewski, podporucznik Andrzej Kopa oraz kapitan Kazimierz Nieżychowski.

– W takim razie trzeba natychmiast zaatakować Ławicę – stanowczo zasugerował Pniewski, którego Krzysiek skojarzył ze względu na mocno wydłużoną twarz oraz proporcjonalnie do niej długi nos i wysokie czoło. – Szkierby na pewno zostawiły tam coś cennego.

– To prawda – zgodził się Krzysiek. – Jednakże, jeśli planują nalot na miasto, to na lotnisku muszą być spore zapasy sprzętu lotniczego.

– Atak musi być szybki i zdecydowany – postanowił major. – Kapitanie Nieżychowski, czy dysponujemy lekką artylerią?

Na poprzednich obradach kapitan milczał, jeśli nikt nie pytał go o zdanie. Również i teraz nie wyrywał się ze swoimi sądami.

– Dysponujemy nią, ale teraz pytanie, na czym nam zależy. – Uczestnicy spojrzeli na kapitana, nie wiedząc, do czego zmierza. – Jeśli uderzymy całą artylerią, istnieje szansa, że trafimy w hangary lotnicze, a to może oznaczać tylko jedno.

– Ostrzał artyleryjski musi być mocno kontrolowany. Nie możemy sobie pozwolić na przypadkowe pociski, które wylądują tam, gdzie im się podoba. – Proponuję, żeby pan zaatakował od północno-wschodniej strony. – Stali wokół stołu, gdzie leżała rozrysowana mapa lotniska. Na podstawie planów przedstawionych przez sierżanta Pniewskiego wyglądało ono jak trapez prostokątny. Na kątach prostych znajdowała się wieża lotnicza, od której odchodził boczny tor dla pociągów towarowych oraz koszary. – Wiadomo cokolwiek, ilu z naszych stacjonuje w Ławicy?

– Prawdopodobnie na ich pięciu jeden jest nasz – odrzekł podporucznik, który mimo stosunkowo młodego wieku już zdążył wyłysieć. – Możemy ich ściągnąć do Poznania, żeby pomogli nam w szturmie.

– Nie ma to sensu – skontrował Krzysiek. – Niech zostaną, pomogą nam walczyć z nimi od środka.

– Potwierdzam, niech zostaną – poparł go Taczak. – W takim razie panie Nieżychowski, musi pan stanąć z artylerią na północno-zachodniej części lotniska. I to pan rozpocznie bitwę od ostrzału.

– Szkierby zauważą nas, gdy ustawimy się z armatami.

– Nie, jeśli wyłączymy elektryczność na lotnisku. Zaatakujemy szóstego stycznia z rana, więc uda nam się niezauważonym przejść pod lotnisko. Jednak musi pan mieć czas, żeby ustawić odpowiednio armaty, dlatego od południa, panowie Wartecki, Kopa oraz Pniewski, będziecie dokonywać manewrów mających na celu odwrócenie ich uwagi.

Wartecki zasalutował, przyjmując rozkaz. Podobnie uczynił Pniewski, lecz Kopa miał wątpliwości.

– Wydaje mi się, że będziemy widoczni, jak będziemy podchodzić pod lotnisko od strony pasów startowych.

– Spokojnie, panie podporuczniku. Do tego czasu wyłączy pan z panem Warteckim elektryczność. Aby to zrobić, trzeba wejść do fortu numer siedem. Nie zakładam, żeby był on mocno strzeżony, ponieważ prawie cały Poznań jest w naszych rękach, toteż Niemcy szykują się do wycofania z tamtych rejonów. Więc panowie, pójdziecie tam dwie godziny przed naszym atakiem. Weźmiecie ze sobą kilkunastu ludzi i odetniecie Ławicę od prądu.

Wartecki cieszył się, że zostało mu powierzone tak ważne zadanie. Od momentu, gdy w Poznaniu rozpoczęły się walki, po raz pierwszy czuł się potrzebny. Nie mógł pomóc wielu Polakom, którzy walczyli w trakcie Wielkiej Wojny, gdy zostali zmuszeni do walki po stronie niemieckiej, ale przynajmniej teraz chce się odpłacić Niemcom za wszelkie krzywdy. Już za dużo przelano polskiej krwi. Czas, żeby Niemcy zaczęli spłacać swój dług krwią.

Aczkolwiek następne słowa Taczaka nie spodobały mu się.

– Damy im szansę wycofać się z Ławicy. Osobiście do nich pójdę.

– Z księżyca pan spadł?! – krzyknął za głośno kapral Wartecki. – Skurczybyki za nic w świecie nie oddadzą nam lotniska, prędzej sami się z nim wysadzą, niż pozwolą nam wejść.

– Będziemy za bardzo wystawieni. Nawet gdy ich zaskoczymy, wielu z naszych może oberwać. Dlatego jeśli istnieje możliwość, to chcę jak najbardziej ograniczyć straty w ludziach i chyba w tym się panowie ze mną zgodzicie? – Nieżychowski, Kopa i Pniewski poparli Taczaka, zrobiła to nawet Wiktoria, co wywołało u Krzyśka gniewny grymas połączony z zawodem.

– Nie rozumiecie, panowie, że tylko dacie im szansę na przygotowanie się do obrony? Albo co gorsza na włożenie bomb pod hangary? – Krzysiek nie dawał za wygraną. Wiktoria patrzyła na niego i widziała w nim Palucha, który też jedynie rozwiązanie widział w walce.

– Kapralu Wartecki! – Wiktoria po raz pierwszy odezwała się do niego w oficjalnym stylu. Wielu z Polskiej Organizacji Wojskowej wiedziało o ich bliskiej relacji, dlatego nikt nie miał za złe, jeśli zwracali się do siebie po imieniu. Tym razem nie mogła słuchać jego bojowego, połączonego z nienawiścią nastawienia w stosunku do Niemców. – Czy naprawdę nie żal panu ludzi, którzy razem z panem pójdą walczyć?

– Tak panno Rodnas, szkoda mi każdego, kto zginie za sprawę i świeć panie nad jego duszą, ale nie słyszałem jeszcze o wojnie, która nie wymagałaby ofiar. Jeśli będziemy się bali walczyć o swoje, to najlepiej chodźmy do domu i w ogóle zachowujmy się…

– Już zrozumieliśmy, panie kapralu, pańskie stanowisko – uspokoił go Taczak. Warteckiemu mocniej niż złość doskwierała niechęć głównodowodzących do walki. – Pójdę porozmawiać z Niemcami na temat warunków ich kapitulacji, chociaż ma pan rację, panie Wartecki. Jeśli się nie zgodzą, momentalnie ich atakujemy, tak by nie mogli przygotować się do obrony.

Obrady trwały całą noc. I nikt nie spostrzegł, kiedy nastał dzień. Taczak kończył zebranie.

Zatem panowie, wszyscy wiemy, co mamy robić? – Kiwnęli głową. – W takim razie po południu zbiórka pod Cytadelą i udajemy się pod Ławicę. Potem pójdę rozmawiać z Niemcami, a panowie w tym czasie przejmujecie fort siódmy i szykujecie się do podbicia Ławicy.

Wszyscy, oprócz Wiktorii, rozeszli się do swoich obowiązków. Wartecki, choć już dowodził swoim oddziałem pod Zdziechową, później przeszedł pod dowodzenie innych. Uznał to za cios w plecy, zwłaszcza że większość jego żołnierzy została przydzielona do dowódców, którzy walczyli razem z nim. Zdyskredytowali go za jego brawurową akcję podejścia pod dwór i narażenia całego oddziału.

Gdy byli sami, Wiktoria podeszła do Krzyśka. Chciała z nim porozmawiać i wyjaśnić wszelkie niesnaski.

– Krzysiek…

– Ani słowa. – Wyszedł, zostawiając ją samą ze swoimi problemami.

0 0 votes
Article Rating

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x