fb Rozdział XX: W drodze do wolności – część 5 - SegeWorld | Kamil "Sege" Sobik

Strona wykorzystuje ciasteczka by świadczyć usługi na najwyższym poziomie Polityka prywatności

Rozumiem
image

Rozdział XX: W drodze do wolności – część 5

5 marca 2020
Pobierz w formacie PDF

Od momentu, gdy Wiktoria wyjawiła Krzyśkowi pewną informację, nie poznawała go. Rozumiała, że był to dla niego szok, ale gdyby wiedziała, że ta informacja tak bardzo go zmieni, nie wyjawiłaby jej. Może miałby o to pretensje, ale przynajmniej byłoby to dla jego dobra. Czuła się współwinna zrodzenia się w nim instynktu zabójcy. Zamierzała go zniszczyć. Zakochała się w czułym i romantycznym Krzyśku, a nie w bezwzględnym mordercy. Chciała zrozumieć, co tak mocno na niego wpłynęło. Intuicja podpowiadała, że nie tylko informacja od niej wyzwoliła w nim taką niepohamowaną złość.

Ale gdzie mam zacząć szukać? – spytała samą siebie. Od momentu rozpoczęcia walk praktycznie nie rozmawiali ze sobą, a jeśli już, to było to na obradach w Polskiej Organizacji Wojskowej. Wieści dopływające z różnych stron były niekompletne. Walczył w Poznaniu pod dowództwem Krauzego, który prowadził szturm na Prezydium Policji. – Prezydium Policji, no właśnie.

Zgodnie ze swoim innowacyjnym pomysłem udała się do obiektu zajętego przez Polaków. Drzwi nadal były wyważone, a w środku budynku pełno było kurzu, brudu, gruzu oraz drzwi powyrywanych z zawiasów. To właśnie tutaj tamten Niemiec przystawił jej pistolet do głowy, a gdy jej ukochany wystrzelił pocisk, to wypuścił ją i uciekł. Wtedy była pewna, że nie strzeliłby do niej i dlatego dawała mu odwagę, żeby się nią nie przejmował. Teraz przerażała ją perspektywa, że faktycznie mógłby strzelić do niej, a potem do Niemca.

Później, gdy ten chwilowy koszmar się skończył, chciała, żeby wrócił do Polskiej Organizacji Wojskowej, ale on się uparł, że tutaj jest tajemnica, którą chce odkryć. – Czego się tutaj dowiedziałeś, że chcesz zabić każdego Niemca?

W Prezydium Policji często przesłuchiwano podejrzanych o konspirację przeciwko władzy niemieckiej. Znając niemiecką poprawność, wiedziała, że wszelkie czynności, które wykonywali żołnierze, musiały być udokumentowane. Chciała poszukać odpowiedzi, lecz nie wiedziała, od czego rozpocząć. Zaczęła spacerować po budynku. Mijała dział zaopatrzenia, działy personalne i dział bezpieczeństwa. Przechodziła z piętra na piętro. W niektórych miejscach była po raz pierwszy, ale ani jedna z nazw działów nie podsunęła jej instynktownie żadnego skojarzenia.

Po zbadaniu wyższych pięter zrezygnowana zeszła do podziemi. Gdy się tam znalazła, momentalnie rozjaśniło się jej w głowie. – Czemu od razu o tym nie pomyślałam. – Jeśli miała uzyskać odpowiedź, co tak nagle zmieniło Krzyśka, to wyłącznie w celach. To tam się wszystko zaczęło.

Mijała wiele cel, które od momentu podbicia Poznania stały puste. Przeszła pierwszy podziemny poziom, lecz nie zobaczyła nic intrygującego. Zeszła niżej, gdzie cele usytuowane były na przemian z pokojami do przesłuchań. Weszła do jednego z nich, ale nie znalazła niczego konkretnego. Sprawdzała następne.

Po takich pobieżnych oględzinach stanęła przed jednym z pokoi, którego nazwa wywołała szybsze bicie jej serca. Czuła, że zbliża się do uzyskania odpowiedzi. Weszła do pomieszczenia i tam znalazła zbiór akt wszystkich przesłuchiwanych więźniów. Informacje o nich były umieszczone w teczkach, które ułożono alfabetycznie.

No tak, niemiecka dokładność – oceniła Wiktoria, zabierając pierwszą z nich. Nazwisko zaczynało się na A, więc szukała dalej odpowiedniej litery. Dostrzegła ją na drugim końcu pomieszczenia. Wśród ułożonych alfabetycznie akt znalazła odpowiednie nazwisko. Wyciągnęła teczkę i zaczęła ją przeglądać. Znała tę osobę, nawet bardzo dobrze. Dlatego im dłużej czytała, tym bardziej roniła łzy. Nie rozpłakała się, ale osoba ta głęboko zapadła w jej pamięć.

Informacje w teczce były rozmieszczone w kolejności chronologicznej, od najstarszych, do najnowszych. Przeszła na ostatnią stronę. Pojawiły się tam szczegóły dotyczące przesłuchania. Najpierw była mowa o przesłuchiwaniu przez jednego oficera, później o przesłuchiwaniu przez… kogoś, kogo Wiktoria znała. Pomyślała, że jeśli to on przesłuchiwał, to pewnie uzyskał to, co potrzebne, ale okazało, że jednak niczego nie wyciągnął.

Chciała przejrzeć dalsze informacje, lecz wtedy zdała sobie sprawę z jednej rzeczy. Przesłuchiwał ten sam człowiek, który przystawił jej pistolet do głowy, kiedy zmartwiona przyszła po Krzyśka w trakcie pierwszego dnia walk. Teraz zrozumiała jego nienawiść w stosunku do Niemców. To on miał wpływ na to wszystko, co go spotkało. Nienawiść Krzyśka przelała się na nią. Trwała tylko chwilę, ale przez chwilę weszła w jego skórę. Poczuła jego złość, chęć do zabójstwa i wyrównania rachunków.

Tylko gdzie on mógł teraz być? – spytała samą siebie, a odpowiedź przyszła od razu. Rada żołnierska w ratuszu. Zjawiła się w tam chwilę później. Jak dobrze pamiętała z ataku na ratusz, rada żołnierska znajdowała się na pierwszym piętrze. Weszła do pokoju, z którego przegonili wtedy czterech niemieckich członków. Z niego udała się do następnego i tam wyszukała informacje o wydanych rozkazach. Trafiła w sedno. Spojrzała pod odpowiednim nazwiskiem i tam znalazła wszelkie polecenia i decyzje dotyczące tego żołnierza.

Zaczęła je przeglądać i gdy przeczytała ostatni wydany mu rozkaz, aż przetarła oczy ze zdziwienia. Przeniesiono go do Ławicy… a tam, w tym momencie, był teraz Krzysiek. Jeśli go spotka, to pewnie nie daruje mu tego. Drugi raz nie zaprzepaści szansy. Wyszła z urzędu. Pobiegła do Polskiej Organizacji Wojskowej, skąd porwała konia i wśród całkowitej ciemności, mimo przenikliwego mrozu, pognała na lotnisko.

 

***

 

Nie wybiła jeszcze szósta, kiedy Wartecki z podporucznikiem Kopą wrócili do oddziałów atakujących lotnisko. Ciemność spowiła lotnisko i z odległości trudno było rozróżnić, czy widzą budynki, czy czarne niebo. Nie świeciła się żadna latarnia, żaden z żołnierzy nie miał nawet lampy naftowej, żeby oświetlić pokój i się odziać. Kapral spojrzał na cel do zdobycia i już chciał rozpocząć atak.

– Panie Nieżychowski, może pan zająć stanowisko przy artylerii. Mniej więcej, kiedy kawaleria będzie w połowie drogi, niech pan rozpocznie ostrzał – podporucznik Kopa zwrócił się do kapitana, który natychmiast odszedł na swoje stanowisko. Wartecki dołączył do jednego z oddziałów, który miał najbliżej do koszar znajdujących tuż przy lotnisku.

Każdy z dowódców zajął swoje miejsce. Dochodziło dziesięć po szóstej. Kopa dał znak oddziałom, że nadszedł już czas. Za chwilę się okaże, czy oddziały czterystu ludzi rzeczywiście wystarczą, żeby podbić lotnisko, w którym jest mnóstwo sprzętu. Według informacji od zwiadowców na lotnisku znajduje się dwa razy mniej żołnierzy. Przewaga liczebna jest po stronie polskiej, lecz całą drogę będą szli odsłonięci. Ogień z maximów skutecznie ich zdziesiątkuje. Taczak chciał ograniczyć liczbę ofiar, ale nie da się przewidzieć pewnych sytuacji.

Ruszyli powoli w kierunku Ławicy. Przewidywali, że przejdą niezauważeni przez połowę długości pasów startowych, a wtedy rozpoczną szturm na lotnisko. Jeśli szkierby wykażą się dalekowzrocznością, wówczas będą musieli szybciej przypuścić natarcie.

– Póki co, możemy spokojnie iść – stwierdził Wartecki, który trzymał mausera w rękach. Przeładował go i czekał na możliwość strzału.

Dochodziło blisko dwadzieścia minut po szóstej. Zbliżali się do hangarów i koszar. Nie widzieli żadnych wrogich żołnierzy, ani czegokolwiek innego, co mogło ich przypominać. Młodzieniec rozejrzał się, zatrzymując wzrok na powstańcach i dostrzegł, że żaden z nich nie obawiał się tego, co może nadejść. Byli gotowi do walki, podobnie jak on.

Było w pół do siódmej. Doszli do połowy długości pasów startowych. To był sygnał dla artylerii, która wypuściła pierwszy pocisk. Na jego dźwięk powstańcy wstali i biegiem puścili się na lotnisko. Cały polski oddział zadudnił jednym głosem, symbolizującym zwycięstwo oraz wolność. Pocisk armatni trafił w wieżę lotniczą. Po nim wypuszczono jeszcze trzy pociski, z czego jeden trafił w koszary, nie uszkadzając przy tym konstrukcji budynku.

Na czoło wyłoniła się konnica. Wartecki biegł z oddziałem, który był najbliżej armat Nieżychowskiego. Mieli najbliżej do koszar, ale też największy ostrzał skupi się właśnie na nich. Kapral zdał sobie sprawę, że muszą się tam jak najszybciej dostać i nie dopuścić, aby Niemcy wypuścili w ich stronę zbyt dużą liczbę pocisków.

Do jego uszu dochodziły pierwsze strzały. Nie pochodziły z polskiej strony. Dochodziły z koszar, a karabiny… były skierowane w ich stronę. Niemcy ustawili dwa stanowiska z lekkimi maximami. Mimo że powinien przyśpieszyć, to zwolnił. Pozwolił się wyprzedzić przez swoich. Miał widok na koszary i na stanowiska niemieckie. Naboje z jednego z karabinów leciały pionowo w przestrzeń. Dostrzegał to po smugach ognia, które zostawiały pociski lecące w niebo. Ich niecelność nie wynikała jednak z kiepskiego panowania nad karabinem. Oni specjalnie kierowali je w niebo. – To Polacy. – Spojrzał na nich z dumą.

Wyciągnął mausera z ręki i skupił się na drugim z karabinów, do którego żołnierze wkładali taśmę z nabojami. Jeden z nich pośpieszał drugiego, żeby strzelić, nim będzie za późno. Choć bieg trwał już dłuższą chwilę, to powstańcom pozostał jeszcze długi dystans. Wrogowie mogą wystrzelić jeszcze dużo pocisków. Wartecki nie był może strzelcem wyborowym, ale kucnął, wymierzył i strzelił. Trafił żołnierza w samo serce i przeciwnik musiał znaleźć kogoś, kto pomoże mu obsługiwać karabin. Wartecki zarzucił broń na plecy i dołączył do reszty.

Kątem oka zerknął na oddział kawalerii, który dobiegał już do hangarów lotniska. Niemcy byli zaskoczeni ich obecnością, co dla Krzyśka było strasznie nietypowe. Wiedzieli, że lotnisko będzie atakowane, a mimo to są zdziwieni, że ktoś próbuje je podbić? Musieli być albo bardzo zadufani w sobie, albo bardzo naiwni.

Tak czy inaczej, to jest nieważne. Kątem oka dostrzegł, że stanowisko z drugim karabinem miało już dwóch operatorów. Wielu powstańców strzelało do koszar na ślepo, ale Wartecki uznał to za bezsensowne i skupił się na biegu.

Gdy biegł, ostrzał z karabinu został skierowany na niego, jako że wybiegł przed szereg i był najbliżej koszar. Seryjne dźwięki strzałów zagłuszały wszelkie odgłosy, lecz żaden z naboi nie trafił w niego. Parł przed siebie.

0 0 votes
Article Rating

Strony: 1 2

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x