fb Rozdział XXI, XXII: W drodze do wolności - SegeWorld | Kamil "Sege" Sobik

Strona wykorzystuje ciasteczka by świadczyć usługi na najwyższym poziomie Polityka prywatności

Rozumiem
image

Rozdział XXI, XXII: W drodze do wolności

12 marca 2020
Pobierz w formacie PDF

20 grudnia 1918 roku, Prezydium Policji

 

Feldwebelleutnant nie dawał Joannie wytchnienia. Od momentu, gdy powiedział, że wie o obecności Wiktorii w jej mieszkaniu, przesłuchania przeszły na inny etap. Teraz już nie mogła udawać, że nikt u niej nie był. Zmanipulowali fakty na temat tego, że stawiała opór, ale wyjście Wiktorii było już prawdą.

Martwiła się o nią, choć ona pewnie powiedziałaby, że niepotrzebnie. Od czterech dni nie miała żadnych informacji z Polskiej Organizacji Wojskowej. Choć Paluch wiedział, gdzie jest przesłuchiwana, to nie mógł jej przekazać informacji. Tutaj stacjonowali tylko rodowici Niemcy i Polaków z góry odrzucano. Nawet Wojciech Korfanty, mający immunitet poselski, nie mógł tu wejść. Jest odcięta od świata. Nie wiedziała, co się dzieje.

Jej myśli skupiły się wokół Wiktorii. Czy rzeczywiście ją mają? Oficer ani razu jej o to nie zapytał, więc może to świadczyć, że albo o niej zapomnieli, albo złapali. Ta druga opcja wydawała jej się bardziej prawdopodobna. Ale gdzie w takim razie jest? – spytała samą siebie. Na pewno nie puściłaby pary z ust, ale obecność Wiktorii mogliby wykorzystać przeciwko niej, na przykład insynuując jej aresztowanie.

Cokolwiek zamierzali w stosunku do niej, nie chciała grać na ich zasadach, mimo iż jest na ich podwórku. Do pokoju przesłuchań wszedł oficer, z którym ostatnio rozmawiała. Usiadł naprzeciwko niej i rozpoczął bez ogródek.

– Dzisiaj, pani Kenig, rozmawiamy po raz ostatni. – Najpierw w jej myślach pojawiła się ulga, lecz po chwili zdała sobie sprawę, że i tak jej nie wypuszczą. – Miło się z panią rozmawiało, ale czas już na mnie.

– Jakoś nie będę za panem tęsknić.

– Niech pani ma na uwadze, że to, co ja robiłem, nijak ma się do tego, co ten człowiek z panią zrobi.

Żadne jej przesłuchanie nie kończyło się tylko na rozmowie. Od kiedy opowiedział jej o ucieczce jakiejś osoby z jej mieszkania, każda jej odmowa wyjawienia nazwisk członków Polskiej Organizacji Wojskowej kończyła się na rękoczynach. Nie pytał wprost o nią, ale chciał poznać członków polskiego podziemia. Ilekroć odmawiała, tylekroć dostawała z pięści w twarz, kopniaka w żebra czy w plecy, bądź podtapiał ją w wiadrze wody. Przez to jej twarz napuchła i przybrała fioletową barwę. Miejscami jeszcze lała się krew. Aczkolwiek nie złamało jej to.

– Życzę miłego dnia. – Grymas jej twarzy mówił: smaż się w piekle. Oficer pozbierał wszystkie dokumenty, poskładał do teczki i wyszedł, zostawiając ją na stole. Zastanawiała się, co w niej jest, lecz ręce miała przykute do stołu i nie mogła jej dosięgnąć.

Po chwili do pokoju wszedł niemiecki żołnierz o zniszczonej twarzy, która nosiła na sobie dużo blizn po wojnie. Miał blond włosy oraz kilkudniowy zarost. Był silnym mężczyzną i w swoich rękach mógłby pewnie bez trudu zgniatać najtwardsze kokosy, lecz nie tylko jego wygląd podziałał na Joannę. Poznawała tego człowieka, był znany wśród żołnierzy niemieckich jako kat przesłuchiwanych. Kogokolwiek przesłuchiwał, ten wyjawiał mu wszystko, co chciał usłyszeć. A teraz to on będzie wydobywał z niej informacje i to niekoniecznie delikatnie. W końcu sierżant Lars Bairich nie słynął z delikatności.

 

Rozdział 22

6 stycznia 1919 roku, lotnisko Ławica

 

Poganiała konia tak szybko, jak mogła. Mijała kamienicę za kamienicą, aż w końcu budynki stawały się coraz niższe i zmieniały się w pojedyncze domy mieszkalne. Koń nie chciał zawieść swojej pani, dlatego nie zwalniał, a wręcz jeszcze bardziej przyśpieszał. Jeszcze piętnaście minut do siódmej. Słońce powoli budziło się, spychając mrok na inną stronę świata. Była już pod lotniskiem na drugim końcu pasów startowych, w oddali widziała, jak powstańcy zbliżali się do koszar i hangarów lotniczych. Nie słyszała wielu strzał, więc bitwa chyliła się ku końcowi. Miała nadzieję, że wśród żywych pozostał jej ukochany.

Chwilę później zjawiła się przy koszarach. Dostrzegła, że ponad setka niemieckich żołnierzy została wzięta do niewoli. Nieżychowski organizował jeden z oddziałów, żeby przeprowadzić ich do Poznania. Gdy ich wyprowadzał, spojrzała na przeciwników, lecz nie spostrzegła wśród nich Niemca, który mocno zalazł za skórę Warteckiemu. Gdy odeszli z powrotem, spoglądała na Polaków. Część żołnierzy weszła do hangarów i zaczęła składać samoloty, jeszcze inny oddział wywieszał polskie flagi i malował symbole Polski, na których widok serce Wiktorii napełniło się dumą.

Jednakże nigdzie nie widziała swojego ukochanego, za to dostrzegła podporucznika Kopę, który widocznie czegoś szukał.

– Dzień dobry, panie podporuczniku – przywitała się, widząc, że podobnie jak ona, również się czymś martwił. – Nie widział pan może Krzyśka?

– W sensie kaprala Warteckiego? – kiwnęła potwierdzająco głową. – Nie i też mnie irytuje jego brak.

Podziękowała mu za informacje, choć wywołały one jeszcze większą obawę o życie Krzyśka. Nie dostrzegła wśród jeńców człowieka, który odpowiadał za wybuch nienawiści u miłości jej życia. Podobnie wśród Polaków nie widziała ukochanego, bez którego nie potrafiła żyć. Zaczęła szukać go w obozie, wypytywała żołnierzy, lecz oni tylko kręcili przecząco głowami, a niektórzy byli tak pochłonięci radością, że jej nawet nie dostrzegali.

Po okrążeniu obozu zauważyła, że w jego dalszym rejonie jeden z powstańców goni uciekającego Niemca, który skręcił w ulicę biegnącą do Poznania. Prowadziła ona wzdłuż torów. Pognała konia w ich stronę.

 

Kiedy zauważył uciekającego Niemca, poczuł, że musi się udać za nim. Był to ten sam umięśniony blondyn, który groził strzałem w głowę Wiktorii. Już po raz trzeci się z nim spotyka i miał nadzieję, że tym razem będzie to ich ostatnie spotkanie. – Nie odpuszczę mu, nie po tym, co mi zrobił. – Postanowił Krzysiek, który puścił się za Niemcem, uciekającym w stronę kolei.

Przeciwnik Krzyśka nie dostrzegł od razu swojego ogona. W ogóle nie patrzył za siebie, tylko zależało mu na jak najszybszym opuszczeniu lotniska. Miał świadomość, że samoloty są w posiadaniu Polaków i w każdej chwili mogą rozpocząć patrol wokół Poznania i okolic, żeby wychwycić obecność Niemców, w tym i jego. Nie zwracając uwagi, biegł przed siebie.

Wartecki miał czystą pozycję do strzału, lecz Niemiec często skręcał, przez co nie miał szans go trafić. Musiał go dogonić. Obydwaj mieli jeszcze spory dystans do przebiegnięcia. Niemiec miał pół kilometra do przebycia, kapral nieco więcej.

Dostrzegł w końcu, że ktoś za nim biegnie. Widząc, że Krzysiek jest jeszcze daleko od niego, wyciągnął mausera i wymierzył. Gdy wróg wystrzelił pierwszy nabój, Krzysiek upadł na ziemię, przysłaniając rękami głowę. Nie trafił go żaden z pocisków. Niemiec chciał wypuścić więcej niż trzy pociski, ale skończył się mu magazynek. Nie miał przy sobie więcej naboi.

Wartecki podniósł się z ziemi i pobiegł za przeciwnikiem. Nie strzelał już do niego więcej, choć pewnie zdał sobie sprawę, że jest odsłonięty niczym słońce na bezchmurnym niebie.

Niemiec skręcił w stronę Poznania. Miał przed sobą daleką drogę, nim pojawią się pierwsze zabudowania lub las. Krzysiek mógł go tam już dopaść, ale przeciwnik miał dobrą kondycję. Krzysiek zaczął już oddychać przez rękawy, natomiast żołnierz wyglądał, jakby dopiero rozpoczynał bieg. Już tylko determinacja napędzała go, żeby złapać Niemca.

Aż po chwili stało się coś, co zaskoczyło samego Krzyśka. Goniony potknął się i upadł na ziemię. Widząc, że druga taka szansa się nie powtórzy, przyśpieszył. Niemiec powstał, ale od tego momentu miał problem z ponownym złapaniem rytmu, który utrzymywał jego bieg przez większą część dystansu. Jego niepowodzenie napędzało Krzyśka, który miał do niego kilkanaście metrów.

Kilkadziesiąt metrów dalej w końcu się udało i skoczył na niego. Przewrócili się na ziemię i rozpoczęła się szamotanina. Początkowo to Krzysiek miał przewagę i próbował go zablokować, lecz im dłużej trwała walka, tym bardziej jego przeciwnik odzyskiwał utraconą pozycję, aż w końcu zepchnął go z siebie i pobiegł dalej.

Wartecki nie zamierzał już za nim biec. Spróbował po raz drugi szczęścia. Ściągnął mausera z i oddał strzał. Uciekiniera ścięło z nóg i runął jak długi na ziemię. – Jednak coś może się zadziać dwa razy. – Ocenił swój strzał. Widział, jak Niemiec wił się na ziemi, próbując uciekać. Krzysiek naśmiewał się w myślach z jego nieudolnej próby ucieczki i ratowania swojego honoru. W końcu złapał wróbla w garść, który tym razem mu nie ucieknie. Podchodził do niego spokojnie, chciał jak najdłużej naśmiewać się z jego bólu. Im nieudolniej się poruszał, tym większą radość wywoływał w Krzyśku. Przeładował swojego mausera i zwyczajnym krokiem zbliżał się do Niemca.

Gdy miał do niego już kilka metrów, przeciągnął przesuwnicę. Na dźwięk naładowanego karabinu Niemiec odwrócił się tak, że teraz patrzyli sobie oczy. Choć Niemiec był w gorszej sytuacji, duma i wyższość nad Polakiem nie zniknęła mu z twarzy. Krzysiek natomiast skierował całą swą złość na przeciwnika. Towarzyszyła mu również radość, że tym razem on w końcu odpowie za swoje przewinienia.

– Już nigdzie mi nie uciekniesz – oznajmił po niemiecku z polsko-angielskim akcentem. – Mamy sobie sporo do wyjaśnienia.

 

0 0 votes
Article Rating

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x